Coraz liczniej powstają kruche domy ze szkła i powietrza, budowle z cieńszej niż papier membrany, a architekci coraz śmielej wychodzą z roli budowniczych dzieł trwalszych niż ze spiżu – świadomie opuszczając swoją ‚solidną’ niszę, by zajmować się efemerydami, balansującymi na granicy architektury i sztuki.

Z drugiej strony – architektura tymczasowa bywa koniecznością – w obliczu klęsk żywiołowych bywa jedynym sposobem na zapewnienie dachu nad głową poszkodowanym. Bywa odpowiedzią na społeczne problemy, konsekwencją sytuacji ekonomicznej, zabawą, elementem politycznej debaty. Wędrujący po globalnej wsi nomadzi upodobali sobie nietrwałe konstrukcje, w odpowiedzi na wyzwania niestabilnej współczesności gardząc wszystkim, co nie jest elastyczne, mobilne i zmienne.

Staliśmy się podobni do naszych koczowniczych przodków, którzy wbijając w ziemię palik (protokonstrukcja), opierali o niego pokryte liśćmi gałęzie (protodach) tworząc szałas (protodom). Czyżby historia zatoczyła koło, a trwałość, niegdyś uznawana za jedną z podstawowych wartości (nie tylko w odniesieniu do architektury) stawała się dziś, w epoce kultu zmienności, takim samym przeżytkiem jak kineskopowy telewizor?