W tradycji myśli politycznej i społecznej Europy miasta to agora, a zatem naturalna przestrzeń konstytuowania się form zbiorowego samostanowienia, obywatelstwa i demokratycznej partycypacji społeczeństwa. Już Karol Marks pojmował je w ten sposób przeciwstawiając ograniczeniom życia na wsi. Jak rozumieć tę afirmację miejskości dziś, gdy po raz pierwszy w historii ludzkości więcej niż połowa mieszkańców planety żyje w miastach. Czy oznacza to dobrą wiadomość dla wolności i demokracji?

Badacze tacy jak David Harvey wskazują na rolę jaką miasto i jego przestrzeń odgrywa w procesie akumulacji kapitału. Wielka hossa na rynku kredytów hipotecznych w pierwszych latach XXI wieku, która najpierw objęła wiele krajów od USA przez Irlandię, Hiszpanię po Chiny zakończyła się największym kryzysem od lat 30 XX wieku.

W dobie zmniejszenia wzrostu kluczowych sektorów gospodarki kapitalistycznej miasto, a konkretnie wyciskana z niego renta monopolowa stała się ważną sferą akumulacji kapitału. To właśnie obietnica korzyści z renty monopolowej napędza politykę prywatyzacji przestrzeni miejskiej, której warunkiem pozostaje atomizacja i depolityzacja społeczności miejskich. Procesy te budzą jednak coraz większy opór.

Ruchy miejskie wyrastają właśnie z tego oporu przeciw utowarowieniu dobra wspólnego jakim jest miasto. Wydarzenia roku 2011, z wielkimi okupacjami placów miejskich w Europie, Ameryce, Północnej Afryce i Bliskim Wchodzie dobitnie ukazały wagę i siłę ruchów miejskich w kształtowaniu nowego paradygmatu polityki opartej na demokratycznym uczestnictwie społeczności miejskich. Pokazały także ograniczenia ruchów miejskich zmuszając ich uczestników do poszukiwania koalicji z siłami przeciwstawiającymi się utowarowieniu na bardziej uniwersalnym poziomie. Czy zatem ruchy miejskie ocalą demokrację czy same padną ofiarą jej kryzysu?