Na ile polityczna jest sztuka w dobie, w której polityka – rozumiana jako możliwość wprowadzania zmiany w istniejący porządek – znika z horyzontu?
 
O sztuce politycznej jest głośno. Czy mowa o sztuce „społecznie zaangażowanej”, „krytycznej” czy „feministycznej” – w galeriach i muzeach przeglądają się różne projekty polityczne. Deklaracje zaangażowania przestały być powodem do wstydu. Coraz częściej są natomiast magnesem na widzów.

Sytuacja ta ma sobie coś z paradoksu. Coraz więcej politycznej sztuki komentuje świat nazywany „post-politycznym” – taki, w którym coraz trudniej o realną zmianę. Świat, w którym – jak pisze Chantal Mouffe – polityczną walkę prawicy i lewicy (Right & Left) zastępuje technokratyczna retoryka konfliktu tego, co słuszne i błędne (Right & Wrong). Nie oglądamy już starcia idei, lecz „konkurencyjne” modele ekonomiczne i wynikające z nich bliźniaczo podobne strategie.

Jaką rolę w takim układzie pełni sztuka? W deklaracjach artystów i tekstach kuratorek przeczytać możemy o mocy sztuki i jej politycznych ambicjach, lecz piszący o tym samym problemie teoretycy demokracji mówią raczej o niemocy i stagnacji. Jeśli bowiem rozumieć politykę jako sferę interwencji w społeczny porządek, to sztuka częściej ten porządek konserwuje, niż podważa.

W takiej sytuacji prawdziwie polityczna sztuka jest możliwa w perspektywie radykalnego zerwania z elitaryzmem, tradycyjną triadą kurator-artysta-widz i zależnością od instytucji władzy. Ale czy jesteśmy na to gotowi?