Piotr C. Kowalski. Malarz (nie)konsekwentny

22.02 - 27.05.2024

WERNISAŻ: 22 lutego | 18:00 | Muzeum Współczesne Wrocław, pl. Strzegomski 2

Piotr C. Kowalski – malarz urodzony w 1951 roku w Mieszkowie koło Jarocina. Z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru określa sam siebie następująco:

Autor obrazów smacznych, bardzo smacznych i niesmacznych
obrazów przejściowych, przejezdnych i przelotnych
obrazów granicznych, przygranicznych i zagranicznych
obrazów grzecznych i grzesznych czyli niegrzecznych
obrazów malowanych w pełnym słońcu, w cieniu, bez cienia i bez cienia wątpliwości
obrazów malowanych w schroniskach, na szlaku i takich które szlag by trafił
obrazów malowanych bez ram, w ramach i w ramach przyjaźni
obrazów malowanych na sztaludze, pod sztalugą i obok sztalugi obrazów malowanych na wysokim i na niskim poziomie (Giewont i kopalnia miedzi Lubin)
obrazów malowanych w pionie, w poziomie i pod kątem (ale odpowiednim), oczywiście
obrazów malowanych na ogniu
obrazów malowanych na poczcie
obrazów malowanych na wodzie i pod wodą
obrazów malowanych na gazie, co prawda niewielkim ale jednak
obrazów podwędzonych
obrazów plastikowych
obrazów przerżniętych i jeszcze nie przerżniętych
obrazów bobrych oraz bardzo bobrych
obrazów wodnych i podwodnych
obrazów malowanych szybko oraz bardzo szybko
obrazów obrusów
obrazów malowanych wolno i takich, których zdawać by się mogło że nie wolno ich malować

W swojej twórczości Kowalski kieruje się dewizą Maxa Ernsta: „Obrazy można malować wszystkim, także farbami”. W początkowej fazie pokrywał płótna grubymi warstwami farby. Nakładał ją impastowo lub wyciskał bezpośrednio z tub, kreując abstrakcyjne formy przypominające najeżone struktury. Farbę nanosił na powierzchnie malarskie lub przedmioty codziennego użytku w sposób uporządkowany, rytmiczny, wręcz obsesyjny, wypełniając każdy wolny centymetr kwadratowy. W latach 80. ubiegłego wieku zwrócił uwagę na marnujący się potencjał obrazów „malujących się” samoczynnie na podłodze jego własnej pracowni. Ponieważ bowiem tworzył ekspresyjnie, część farby skapywała na zabezpieczoną płótnem posadzkę. W ten sposób zaczęły powstawać obrazy podwójne – malowane na sztaludze i malujące się pod nią. Jerzy Ludwiński wskazał w swoich notatkach: „Jest to malowanie pędzli, tub i sztalugi, malowanie samego malowania, KRONIKA procesu twórczego”.

Znaczącym przełomem w twórczości Kowalskiego było powstanie tryptyku jagodowego Martwa natura w 1982 roku. Dzieło narodziło się na skutek przypadku. Mówi o tym słynna już anegdota: w trakcie zorganizowanego przez poznański ZPAP pleneru w Porażynie koło Opalenicy artysta zbierał jagody dla swojej kilkuletniej wówczas córki. Wychodząc z lasu, zauważył ostrzegawcze tabliczki informujące o tym, że otaczający go teren i owoce runa leśnego są zatrute. Jagody nienadające się do spożycia posłużyły do „namalowania” tryptyku. Ludwiński, zaciekawiony techniką wykonania pracy, zwrócił uwagę, że wykorzystane tak jagody nie są owocami samymi w sobie, lecz ich ŚLADAMI – co okazało się jednym z głównych impulsów do zmian w twórczości Kowalskiego.

Malarz coraz częściej ruszał w plener, a natura zaczęła odgrywać coraz większą rolę w procesie kreacji jego obrazów. W 1996 roku tak podsumował ten etap twórczości:

Dlaczego zacząłem wychodzić w plener? Dlatego, że malowałem obrazy. Malowałem je tam, gdzie wszyscy, czyli w pracowni, a im więcej malowałem – tym więcej ich miałem. Z czasem zapełniły moją pracownię do tego stopnia, że zabrakło w niej miejsca dla mnie i „uciekłem” z niej. Uciekłem prosto do lasu, na łąkę, nad morze, do kamieniołomów, do żwirowni, by TAM malować to, co mnie otacza

Natura stała się nie tylko źródłem niewyczerpanej inspiracji i głównym tematem dzieł Kowalskiego, ale również ich współtwórczynią. W latach 90. XX wieku coraz chętniej sięgał on po materiały nieartystyczne. Zwały farb zastąpił naturalnymi pigmentami – barwnikami zawartymi w jagodach, cebuli, wiśniach, berberysie, jabłkach, makach, igliwiu i mchu. Według Ludwińskiego zabieg ten można przyrównać do tautologii.

Obrazy powstające w plenerze były wkopywane w ziemię i wystawiane na działanie warunków atmosferycznych. Smagane wiatrem, deszczem i brudzone błotem. Tkanka malarska zrastała się z zastanym otoczeniem, czasami na kilka dni lub miesięcy. Artysta celowo nie utrwalał naturalnych pigmentów i nie przerywał naturalnych procesów, jakie zachodziły w obrazach. Nie starał się ukazać natury, wykonać kopii pejzażu. Jego prace stały się pejzażem – chociaż może właściwsze byłoby stwierdzenie, że stają się nim, gdyż ciągle znajdują się w procesie twórczym. Ludwiński, charakteryzując ten etap kreacji, zauważa:

Piotr C. Kowalski chciałby, żeby sama natura prowadziła go własnymi drogami, pozostawiając na obrazach ślady samej siebie i żłobiąc trakt wyobraźni. Wtedy sam artysta stałby się CZĘŚCIĄ NATURY, a jego dzieło powstawałoby tak, jak rosną grzyby, poziomki i jagody. […] Dzieło wyraża szacunek nie tylko do MIEJSCA, w którym powstało, lecz także do CZASU, w którym udało mu się przetrwać.

Lasy i łąki nie były jedynymi miejscami przygotowywania omawianych prac. U schyłku lat 90. XX wieku płótna artysty „zawędrowały” z jego pomocą na miejskie ulice i skwery. „Malowały” je przejeżdżające samochody, deptali przechodnie. Czasami oklejali oni je plakatami lub uzupełniali swoimi zapiskami. Nienabite na blejtram płótna Kowalski rozkładał w miejscach publicznych, by przechodzący własnymi butami odciskali ślady kostek brukowych, płytek i studzienek kanalizacyjnych – tak jak czynią dzieci na zajęciach z plastyki, tworząc frottage. Malarz konsekwentnie zmniejsza swój udział w kreowaniu dzieł, ograniczając się coraz częściej do umieszczenia pustego podobrazia w przestrzeni, tak by natura „malowała” naturę.

Po roku 2000 w ramach propagowania ekologii i segregacji odpadów artysta włączył do swoich materiałów plastik. Odpady cywilizacyjne, ale i piasek czy muszle umieszczał na obrazach przygotowywanych nad morzem, na plaży w Gąskach. W 2017 roku powstały pierwsze płótna wyklejane plastikowymi opakowaniami, wieszakami czy płytami CD.

Kowalski poprzez swoje dzieła zdaje się pytać o granice i definicję obrazu oraz o miejsce i rolę autora w procesie kreacji. Stopniowe wycofywanie się z aktu twórczego, oddawanie pola naturze redefiniuje temat pejzażu, jednego z klasycznych motywów w sztukach wizualnych. Widok krajobrazu w historii sztuki ukonstytuował się szczególnie za sprawą impresjonistów, którzy dzięki rozwojowi fabrycznej produkcji farb syntetycznych mogli wyjść z pracowni w plener. W dziełach Kowalskiego widać kierunek odwrotny. Artysta powrócił do wykorzystywania substancji organicznych, tak jak czyniono w prehistorii. Tkanka malarska oraz tkanka natury stapiają się w jeden organizm. Przywodzi to na myśl idee permakultury oraz naturokultury Donny Haraway – badaczki postulującej odejście od antagonistycznych, binarnych podziałów owych dwóch sfer rzeczywistości.

Marcin Krasny, krytyk sztuki i kurator, w katalogu do wystawy indywidualnej Kowalskiego w Collegium Chemicum z 2016 roku stwierdził, że nieczęsto można poznać tak nonszalanckiego artystę, który celowo wystawia swoje prace na działanie warunków atmosferycznych, zbija je razem ze sobą lub tworzy z nich parawany w mieszkaniu. Czy w tym szaleństwie jest metoda? To pytanie do każdego z nas.

Wystawa stanowi pierwszą tak szeroką prezentację dzieł Piotra C. Kowalskiego we Wrocławiu. Eksponujemy prace z prywatnej kolekcji autora, zbiorów MWW oraz innych instytucji: Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze i Fundacji Vox Artis z Poznania.

Kuratorka: Sylwia Kościelniak

PROSTO O WYSTAWIE – DO POBRANIA TUTAJ

Na grafice znajdują się logotypu patronów medialnych
Skip to content